Zaznacz stronę

Uwielbiam się uczyć. Może dlatego też bardzo lubię uczyć innych. Na własnej skórze doświadczam tej ogromnej radochy w zdobywaniu nowej wiedzy i umiejętności więc chcę ją dawać innym. Ale proces uczenia się, choć ekscytujący, ma też swoje mniej przyjemne strony. Jedną z nich jest dla mnie to, że czasem muszę się niektórych rzeczy oduczyć. Znacie to? Bywa żmudne i bolesne, wymaga pokory i przyznania się (choćby przed samą sobą) do błędu, albo chociażby do tego, że świat poszedł naprzód i trzeba za nim nadążyć.

Oto więc trzy rzeczy, których musiałam się oduczyć w mojej pracy z psami.

1. Głaskania psów po głowie. To był taki odruch. Ręka sama wędrowała na psi łeb i musiałam się naprawdę kontrolować, żeby tego nie robić. Mówię tu o moim własnym psie oraz o tych psach, które dawały mi się pogłaskać – wtedy, gdy jeszcze sądziłam, że wszystkie psy lubią być głaskane. Bo tego też musiałam się oduczyć. Oczywiście inne zasady będą odnosić się do psów obcych, a inne do naszych „osobistych”. Te „nasze” są zwykle bardziej zrelaksowane w towarzystwie swoich opiekunów, więc pozwalają nam na więcej. Generalnie, lepszym niż głowa miejscem do okazania psu naszego uczucia jest broda i pierś, boki oraz miejsce za uszami. Mój pies uwielbia drapanki na końcu pleców, u nasady ogona – wystawia dupkę i jest cały szczęśliwy, gdy tam koncentrują się moje pieszczoty. Ale do tego musiałyśmy dojść na drodze komunikacji
i moich obserwacji.

2. Głaskania i dotykania psów bez ich zgody, czyli wtedy, gdy ja miałam na to ochotę i nawet nie zapytałam psa, czy on też. Po pierwsze musiałam zrozumieć, jak psy postrzegają odległość oraz język ciała. Dla nas, ludzi, prowadzenie rozmowy w odstępie pół metra, patrzenie sobie
w oczy, uściśnięcie ręki na powitanie to bardzo grzeczne zachowanie, zgodne z etykietą. Dla psów, to może być przekroczenie pokojowych norm. Stawanie blisko psa, pochylanie się, podsuwanie mu ręki pod nos do powąchania, to naruszanie jego prywatniej przestrzeni. Musiałam oduczyć się traktować każdego psa, który do mnie podchodzi, jak tego, który mnie „na pewno kocha”! i zrozumieć, że on może być tylko ciekawski, albo podchodzi ze strachu i chce sprawdzić „tego dużego ludzia, czyli mnie”. Powącha, zbierze informacje i… być może odejdzie, lub poprosi mnie, żebym odeszła. A jeśli już zostanie i zechce nawiązać bliższą relację, to warto sprawdzić, czy chce być głaskany.

3. Udowadniania sobie i innym, że psy mnie kochają, a ja jestem Prawdziwym Przyjacielem Psa – ergo – każdy pies powinien przybiec do mnie radośnie machając ogonem i okazać mi jak bardzo się cieszy, że zwróciłam na niego uwagę. To jest bardzo trudne, bo ściśle powiązane z naszym ego, które domaga się pochwał i uwielbienia. Przekonanie, że psy wyczuwają „dobrych ludzi”, a ja PRZECIEŻ JESTEM dobrym człowiekiem sprawia, że staramy się różnymi sposobami zaskarbić sobie psie łaski. Jeśli więc pies na nas warknie, gdy odwiedzamy znajomych, albo nie zwróci na nas uwagi, gdy rozmawiamy z jego opiekunem, bywa, że odczuwamy jako policzek w twarz, osobistą porażkę, którą NATYCHMIAST staramy się naprawić. Cmokamy, narzucamy się, karmimy, dopóki nie uznamy, że osiągnęliśmy cel. Albo uznajemy, że pies nie poznał się na naszym „prawdziwym charakterze” i przylepiamy mu łatkę „niewychowanego”.

Pokusa „bycia lubianą przez psy” czai się również (a może nawet bardziej) w zawodzie trenera. Mit „zaklinacza zwierząt” jest przecież taaaki kuszący. Chcę się jednak oprzeć tej pokusie na rzecz uznania, że pies ma prawo budować relację ze mną w swoim tempie, a na jego zaufanie muszę po prostu zasłużyć.